Podróże… Kambodża

Podróże… Kambodża
Pora sucha w Kambodży trwa od października do marca a w listopadzie charakteryzuje się tym, że pada głównie wieczorami, ale tak intensywnie, że cała mieszanka błota, śmieci i gliny spływa ulicami tworząc jeden wielki, cuchnący rynsztok.

Wsie wyglądają za to bajecznie, bo każde poletko nowo zasianego ryżu jest napełnione wodą a w stawach koło każdego z domów kwitną kwiaty lotosów. Teraz jest pora ryżowych zbiorów wiec ulice usłane są rozłożonymi matami z suszącym się ziarnem, po których chodzą psy, bawią się na nich dzieci i odpoczywają krowy.

Kambodża pełna jest kolorów, zapachów, zieleni i, niestety, biedy. Ludzie żyją z darów pól, lokalnych manufaktur, sklepików na kołach i dzięki temu co uda im się wyprosić od turystów. Zwłaszcza na wsiach wyraźnie jeszcze widać uciemiężenie ludności przez ostatnią historię, piętno ludobójstwa i wielką wartość dla tego co sami wyprodukują czy zasadzą. Widać złodziejską rękę wielkich mocarstw, które za nic mając ludzi, sprowadzili ten kraj do średniowiecza, z którego do tej pory nie może się jeszcze podnieść.

Charakterystyczne domki na palach, które miały ich kiedyś chronić przed porą deszczową dziś są już raczej zwyczajem, a zacienione miejsca służą jako kuchnie, garaże dla skuterów i do odpoczynku na hamakach.

Gdzieniegdzie można spotkać też mnichów. W charakterystycznych pomarańczowych szatach błąkają się po wsiach prosząc o ryż czy środki do mycia, natomiast w miastach robią sobie słit focie przy świątyniach najnowszymi iphonami.

Najważniejszym celem wycieczek jest oczywiście kompleks świątynny Angkor, z którym przygodę zaczyna się w niezwykle urokliwym i tętniącym życiem mieście Siem Read. To istna mieszanka kultur, skupisko bazarów, klubów, barów, salonów masażu i innych uciech, przy których można odpocząć po całodziennym zwiedzaniu. Do tego spróbować lokalnych przysmaków takich jak mięso z krokodyla, węża, strusia, robaka, skorpiona czy kangura.

Dwa dni zwiedzania całego kompleksu, którego powierzchnia to prawie 100 km kwadratowych to zdecydowanie za mało by poczuć ten klimat i zrozumieć ogrom i piękno tych budowli. Sam Angkor Wat, czyli główną świątynie zostawiłam na koniec dnia, bo wschody i zachodu nad nią są najpiękniejsze. Poza tym stopiony od upału i duchoty mózg pokierował mnie najpierw do mniej obleganych świątyń zatopionych w dżungli. Zwłaszcza świątynia Ta Som, zatopiona w drzewach które jakby spływają po budowli i wiją się konarami po całym kompleksie robi ogromne wrażenie. To tu w końcu Angelina Jolie, zanim podjęła decyzje o adopcji Kambodżańskiego dziecka i zakochała się w tym kraju, kręciła słynną scenę do filmu Thomb Rider.:)

Warto też odwiedzić okolice Angkoru czyli np. mniej uczęszczaną, przepiękną świątynie Bantaey Srej, zbudowaną z piaskowca, który oblepiony czerwoną gliną robi magiczne wrażenie. Misterne płaskorzeźby bóstw, zwierząt wyglądają jakby powstały wczoraj.

Cały kompleks Angkor można zwiedzać i tydzień, zresztą na tyle też za 60 dolarów można wykupić bilet wstępu, w ramach którego można wziąć tuk tuka i pojechać w bardziej odległe i mniej uczęszczane tereny a także zwiedzić jezioro Tonle Sap, ze słynnymi pływającymi wioskami.

3 dni w Siem Rep i wymasowane na wszystkie strony ciało razem z ogromem Angkoru daje wspaniałą satysfakcję ale przede wszystkim obraz tego jak jesteśmy „chwilowi”…
Krótką wycieczkę po Kambodży kończy wizyta w stolicy tego kraju, Phnom Penh, chyba najbardziej nijakim i niepoukładanym mieście tej części Azji w którym byłam. Przedostanie się przez niego, wśród tysięcy motorów, sklepików, dziur w ulicach i gór śmieci graniczy niemal z cudem.

Oczywiście głównym punktem miasta , najbardziej uporządkowanym jest siedziba króla, niejakiego Pana Shihamoni, który poza uśmiechaniem się na uroczystościach nie pełni żadnej funkcji, do tego ma 63 lata i jest bezdzietny (mawiają, że gej), w związku z tym młode pokolenie Kmerów uważa, że należało by zmienić ustrój i w ogóle się króla pozbyć.

Jedyną urokliwą częścią miasta jest promenada nad Mekongiem , na którą na szczęścicie nie dobiega smród rzeki a wieczorem jest kilka knajpek w których można odpocząć od upału.
Ogromne wrażenie, niestety bardzo przykre robi ślad ostatniej historii czyli muzeum ludobójstwa Tuol Sleng. W przerobionym ze szkoły więzieniu, za sprawką Brata nr 1 czyli Pol Pota przetrzymywano i torturowano w nich w latach 70 tych ofiary komunistycznych czerwonych Khmerów. Z 16 tysięcy ludzi przeżyło siedmiu w tym Chum Mey, z którym rozmawiałam. Wciąż siedzi w murach muzeum, z tym że już nie jako wiezień, ale autor książki i założyciel fundacji wspierającej ofiary ludobójstwa.

Warto zaznaczyć, że do dnia dzisiejszego żaden z oprawców czerwonego reżimu Pol Polta nie poniósł kary za swoje czyny i skazanie ¼ swojego narodu na śmierć. Mało tego pod osłoną amerykanów i dzięki ich wsparciu mają się bardzo dobrze i spokojnie żyją w swych posiadłościach na południu kraju.

Khmerowie są bardzo życzliwym, skromnym i serdecznym narodem. Chętnie pomagają turystom i bardzo im zależy by wspomnienia z ich kraju Ci mieli jak najlepsze. Jednak piętno, wyzysk i nierówności widać na każdym kroku. Warto to doświadczyć by docenić to co mamy…

Maria Noll